Nie tylko duński przepis na szczęście.

14:57


Tu nie ma nic prostego. Tu nie ma nic co można opisać jednym zdaniem. Napisać, róbcie tak i tak, a będzie wam dane.
To wszystko okraszone jest ciężką pracą, nad sobą, nad otoczeniem - jakkolwiek by to nie brzmiało - nad najbliższymi. To ciągła droga ku nieznanemu - a nawet, gdy już dochodzimy do momentu kiedy wydaje nam się, że znaleźliśmy jej kres, że wiemy już wszystko i znaleźliśmy odpowiedź - staje się coś, co wywraca nasz świat do góry nogami.

 Jestem mamą już cztery i pół roku. Wydawać by się mogło, że co nieco o tym macierzyństwie już wiem. Że wiem jak polukrować, żeby wszystko dookoła nas było takie jak na tych pastelowych blogach. Potem mogłabym też napisać- że pojawienie się drugiego dziecka weryfikuje wszystko - co zapewne zrobiłam już nie raz.
Ale ja wciąż się uczę. Każdego dnia uczę się od początku, bo nie jestem nigdy w stu procentach przygotowana na to co zastanę. Czy to będzie dobry dzień, pełne uśmiechów, pieszczot i pieczonych ciasteczek. Czy to będzie kolejny dzień, gdy walka zacznie się już o siódmej rano wraz z pobudką do przedszkola. Czy to będzie dramat zgubionej skarpetki, czy radość wspólnych wygłupów.
Uczę się ich emocji i niejednokrotnie nie daję rady.
Czytam te wszystkie mądre rady, przyswajam te wszystkie stereotypy o wychowywaniu dzieci i nie wiem. Po prostu nie wiem czy ktokolwiek jest w stanie rozgryźć tę zagadkę. Mam milion pytań.

Tu następuje pauza, bo chciałam wam sprzedać jednak ten przepis na szczęście - ale potrzebowałam czasu na przyswojenie, utrwalenie i przetestowanie pewnych rad na gruncie własnego życia.
Minęły  chyba już ze dwa tygodnie, odkąd na klawiaturę wylały się powyższe słowa. Nie rozgryzłam tej zagadki w pełni, ale wiem, że to co Duńczycy określają mianem Hygge to jednak jest pewien przepis na szczęście.
To zrozumienie, że dziecko nigdy nie jest tym złym, że nie rodzi się ze złymi intencjami, że my rodzice bierzemy na siebie odpowiedzialność za ich emocje i tym emocjom powinniśmy dawać podporę. To stawianie się w po stronie naszego dziecka, próba zrozumienia, dlaczego zachowuje się właśnie tak, a nie inaczej i dlaczego to wszystko dla niego jest tak ważne.
Przecież i my się denerwujemy, mamy groszy dzień, irytuje nas jakaś pierdoła, mucha kręcąca kółka przy suficie, czasami mamy pms, a czasami gorszy dzień w pracy.  One też mają gorsze dni, czują rzeczy, których nie są  w stanie jeszcze zrozumieć. Naszym zadaniem jest pomoc w zrozumieniu tych emocji, a przede wszystkim akceptowanie ich.

Hygge to też po prostu bycie razem, oddawanie się prostym przyjemnościom, spędzanie wspólnego czasu w maksymalnym znaczeniu tego słowa, z porzuceniem tego wszystkiego co nie pozwala nam być razem w stu procentach. Byciem offline i out of tv.  Wspólne gry, zabawy, wspólne bycie i leżenie na dywanie.  Proste codzienne rzeczy, w czasie których dajecie swoim dzieciom to co macie dla nich najlepszego - swój czas, swoją uwagę, a przy tym wszystkim miłość bezgraniczną. Uwierzcie mi, żadna rzecz materialna nie zastąpi waszym dzieciom was.

Wierzcie mi na słowo - to kolejna rzecz, którą mogę wrzucić do szufladki ze słowem slowlife, bo działa, bo nawet przez te dwa tygodnie, choć to nie wiele czasu - zaszły zmiany, które pozwoliły moim dzieciom wyciszyć się  i mam nadzieję, poczuć lepiej.  Pracuję wciąż nad sobą, nad swoimi emocjami, nad podnoszeniem głosu, wspinam na wyżyny mojej empatii i próbuję zwalczać w sobie negatywne emocje i irytację. To trudna sztuka - ale nie niemożliwa do opanowania.

Cała ta praca to dla mnie kolejny krok ku byciu lepszą osobą, lepszą żoną i mamą - choć wiem, że wciąż tak bardzo nieidealną. Lecz co w życiu jest idealne?
 














You Might Also Like

0 komentarze

Dziękuję, że jesteś <3