O tym jak "zostałam" minimalistką.

11:33


Taka dzisiaj moda, że wszystko musi być albo skandynawskie, albo minimalistyczne, albo slow. 
Przejadł  się trochę pęd i pogoń, na przekór lansowanemu intensywnemu życiu na szybko, na wdechu.
Trochę mnie to gryzie, bo wydaje mi się, że to była moja droga jeszcze nim stała się "modną drogą". Aczkolwiek ma to swoje plusy - powstaje tyle cudownych blogów, tyle cudownych książek, które otwierają mi oczy na pewne kwestie i utwierdzają mnie w tym, że to ta właściwa droga. 
Dla jednych ta moda przeminie, a dla innych stanie się częścią reszty życia.

(Tu <- wyjaśniałam trochę dlaczego było nas tak mało, dlaczego postanowiłam zacząć szukać swojej drogi, dlaczego duszę się w tym całym natłoku wrażeń i wyobrażeń. Jeśli was ominął ten post, macie szansę nadrobić.)

Czym dla mnie jest minimalizm, czym dla mnie jest proste życie?
Wolnością  - a wolność dla mnie ma ogromne znaczenie. Nie lubię ograniczeń, nie lubię zakazów, nakazów i rzeczy, które mnie uwierają. A uwierają mnie od dłuższego czasu rzeczy materialne, pęd za posiadaniem i uwarunkowywanie swojego szczęścia od ilości (nowości) rzeczy posiadanych. 
Jest sposobem na życie - spokojne, ułożone, proste. A prostotę lubię - w różnej postaci.  Jest odpowiedzią na wiele wątpliwości, na stres.
Jest oddechem dla skołatanych myśli i rozterek pod tytułem "mieć czy być".
To przeplatanie się życia rodzinnego, z poszukiwaniem swoich pasji, realizacją siebie - dla siebie samego. Nie szukanie poklasku, nie szukanie uznania w oczach innych. To po prostu bycie tu i teraz, bez przesadnego wybiegania w przód, bez kreowania wszystkiego dookoła na  najbliższe dwadzieścia lat. To uczucie szczęścia bez względu na to gdzie jesteśmy, co nas otacza i ile mamy w portfelu.
Jeśli nie potrafisz znaleźć szczęścia w prostych rzeczach, które są dookoła Ciebie, jeśli nie doceniasz tego co masz na wyciągnięcie ręki i wciąż wydaje Ci się,że gdzieś w innym miejscu byłoby Ci lepiej - prawdopodobnie nie zaznasz i tak tam szczęścia.  A ja właśnie tak myślałam...

Był taki czas, że chciałam więcej niż mogłam sobie pozwolić, czułam presję. Czułam się z tym źle. Przeglądanie internetów, inspiracji i pięknych obrazków wysysało ze mnie życie, a odłączenie się od Sieci sprawiało, że wszystko dookoła wydawało się takie byle jakie, nudne, pospolite i nic niewarte.
Zapominałam o tym jak wiele tak naprawdę mam, ile szczęścia dookoła mnie, jak dobrze układa się nam ten wspólny czas, nasze życie, jak piękny album wspomnień razem tworzymy. Pogubiłam się, skupiłam zupełnie na na tym co trzeba, a przecież wszystko czego potrzebowałam miałam na wyciągnięcie ręki.
Wiedziałam, że coś jest nie tak, nie wiedziałam tylko gdzie dokładnie szukać przyczyny - a potem odpuściłam. I przestałam się przejmować.
Uwierzcie mi - oczyszczenie swojej głowy, przestrzeni dookoła siebie rozpościera przed nami zupełnie nową perspektywę. Lepszą, jaśniejszą i przyjemniejszą. 

Dawno nie byłam tak spokojna i tak bardzo pogodzona z tym co mam. Dawno nie było mi tak dobrze - choć po drodze wydarzyło się parę rzeczy dla mnie mniej przyjemnych, które musiałam zaakceptować. Dałam jednak radę  i jestem z siebie dumna, bo wymagały one ode mnie wiele wysiłku i mocno zaciśniętych zębów.  Jesień to idealny czas na porządkowanie głowy i przestrzeni. Idealny czas na wtopienie się w miękkie poduchy kanapy, z kubkiem ciepłej, aromatycznej herbaty i przemyślenie, czy aby na pewno warto tak pędzić? 
Nigdy nie jest tak, że budzimy się pewnego dnia i wszystko układa się samo. Zmiany i praca nad naszym stosunkiem do świata i otoczenia to proces, który wymaga czasu. Wymaga kilku głębszych oddechów, jeszcze większej ilości ustępstw i zaciśniętych zębów.  

Potem jest tylko lepiej. 
 I nagle jesteś pogodzony sam ze sobą.  A to już milowy krok ku byciu lepszym dla innych. To mój kolejny cel.







You Might Also Like

0 komentarze

Dziękuję, że jesteś <3