O życiu, frustracjach i poszukiwaniu.

23:05


Koniec zeszłego i początek tego roku był dla mnie fatalny. Mimo moich szczerych chęci i nadziei na dobry rok - w jednej chwili wszystko szło nie tak jakby tego chciała. Czułam się fatalnie, narastała we mnie frustracja, której nie mogłam w sobie zagłuszyć. Miałam wrażenie, że tracę kontrolę nad swoim życiem - a utraty kontroli nie lubię.Wiedziałam, że czas usiąść i przewartościować swoje dotychczasowe życie, cele i plany. Wbrew pozorom nie było to łatwe - a pierwszą rzeczą, która musiałam zrobić  było znalezienie powodów moich frustracji.

Gdy próbowałam z kimkolwiek przegadać swoje dylematy i wątpliwości napotykałam ścianę niezrozumienia. Miałam wrażenie, że wszyscy dookoła mają ochotę zapytać mnie " ale o co Tobie w ogóle chodzi?". A chodziło mi przede wszystkim o to, że czuję się źle, z samą sobą, z moimi wyborami, z tym, że nie wiem tak naprawdę jak pokierować swoją przyszłością, swoim życiem. Nie jestem na tym świecie sama - ale problem tkwi w tym, że oddana w stu procentach moim dzieciom - nie mogłam odnaleźć siebie i odpowiedzieć sobie (i innym) na to nieme pytanie - "Czego tak naprawdę chcę?".

Jak odzyskać kontrolę...?

To nie jest tak, że usiądziesz jednego wieczoru i wszystko sobie poukładasz. To wszystko rozwleka się w czasie, a zrozumienie przychodzi wraz z jego upływem.
Przede wszystkim musiałam pozbyć się wszystkiego co w tamtym momencie było dla mnie toksyczne. Relacji, współprac, które mnie uwierały, bezsensownych pragnień i rzeczy, które nie wnosiły do mojego życia niczego sensownego, a poświęcałam im zbyt wiele uwagi.

Blog.

Blogowanie w pewnym momencie pożarło mnie. Stało się dla mnie czymś  w rodzaju "wampira energetycznego" ( choć ten termin najczęściej używa się w odniesieniu do osób, z którymi wchodzimy w jakieś relacje). Niezrealizowane posty, współprace, których podjęłam się w przypływie niepohamowanego apetytu, miliony zakładek z postami innych blogów, które miałam przeczytać / skomentować/ cokolwiek, i które wisiały po kilka dni nawet nietknięte. To wszystko sprawiało, że miałam ochotę rzucić  wszystko w cholerę. Próbowałam się zmuszać, a im bardziej się zmuszałam tym bardziej mi się nie chciało. Wisiałam nad klawiaturą i brakowało mi w głowie słów, by napisać cokolwiek. Od czasu do czasu powstawał post, który był kolejnym przyczynkiem mojego niezadowolenia.  I tak w kółko.
Chciałam być kimś kim nie jestem. Chciałam być mądra (jak Szeptaki), chciałam być zabawna (jak Flowmummy), chciałam być kreatywna (jak my pink plum), przedsiębiorcza (jak Makóweczki), uwielbiana ( jak szcześliva) i mogłabym tak w nieskończoność - bo zazdrościłam wielu.
Zazdrościłam też pięknych rzeczy, którymi otaczają się ludzie w wirtualnym świecie. Butelki perfum od męża, w prezencie, bez okazji - opublikowanej na zdjęciu na instagramie, tych kwiatów, tego nowego domu, pięknego widoku - miliona materialnych rzeczy, które były poza moim zasięgiem. Pragnęłam ich nie dla tego, że były mi niezbędne. Pragnęłam ich, bo tak pięknie wpisują się w ten wirtualny krajobraz i zbierają przecież tyle oh i ah od innych użytkowników. Pogubiłam się wewnętrznie. Zupełnie.

Minimalizm.

Od zawsze wewnętrznie czułam, że minimalizm jest mi bliski. Zupełnie nieświadoma podejmowałam kroki, które tylko mnie do niego zbliżały. Nie czytam poradników, nie wierzę w nie, nie oddaję swojego życia w ręce obcych mi ludzi, choćby ich publikacje wisiały na listach bestsellerów przez wiele tygodni.
Kupiłam jedną książkę, śmiejąc się, że kupuję ją, aby zacząć mniej kupować. I przyznam się szczerze, że ten mały krok - choć nie pokładałam w nim zbyt wiele nadziei - przybliżył mnie do poukładania sobie w głowie wielu spraw.
Te dwa, czy trzy wieczory, cudem wyszarpane spomiędzy chorobowych godzin sprawiły, że zaczęłam widzieć i rozumieć znacznie więcej. Podjęłam decyzje, które zaważyły na wszystkim. Każda z tych decyzji była dla mnie bardzo trudna, opłakana wielokrotnie i przemaglowana na wiele sposobów -" czy aby na pewno'. 

Dziś.

Dziś chyba nie żałuję żadnej z nich, bo właśnie dzięki zrozumieniu tego co dla mnie ważne - dziś odzyskuję wewnętrzny spokój. 
Śmieję się, mam ochotę spędzać czas z moimi dziećmi, spotykać się z innymi ludźmi, mam w sobie o wiele więcej cierpliwości, a przede wszystkim chęci, by zmieniać swoje życie na lepsze.

Coraz mniej interesują mnie obcy ludzie, co raz mniej przejmuję się tym, że nie stać mnie na to, czy na tamto. Coraz mniej rzeczy materialne są dla mnie ważne. Np. w ramach eksperymentu przez ostatni miesiąc nie kupiłam, ani jednej rzeczy pod wpływem impulsu, chwili, albo bo ktoś na blogu napisał, że jest super, mega promocja, okazja etc. 

W którymś momencie, nie jestem pewna w którym,  los chyba zrozumiał, że wzięłam sprawy w swoje ręce i dzisiaj może mi kłaść kłody pod nogi, a ja i tak się nie potknę. Wszystko wskazuje na to też, że bezradny, postanowił pójść mi jednak na rękę. Dzieją się rzeczy, o których jeszcze miesiąc temu nawet nie myślałam, że kiedykolwiek nastąpią. 

Co dalej?

Trzymam się teraz wiary w mój spokój, powodzenie i własną ścieżkę. 
Mam nadzieję, że droga, którą wybieram przyniesie mi wiele dobrego i pozwoli na zachowanie równowagi. 









  

  


Post Scriptum:

To nie jest tak, że blog był główną przyczyną frustracji, ale czułam, że jestem winna wam tłumaczenia. Ten post też powstawał już wiele razy, ale i w tym wypadku nie byłam pewna tego co chcę napisać. Aż do teraz.





You Might Also Like

0 komentarze

Dziękuję, że jesteś <3