Czy stać mnie na dziecko?

14:36

Drżę, gdy słyszę / czytam teksty "nie stać mnie na dziecko", a w tle słów mam osobę, której z portfela wysypują się równo zwinięte ruloniki stówek.
Drżę, gdy słyszę "dziecku się nie odmawia / nie będę żałować pieniędzy na dziecko" - kupując setną w tym miesiącu zabawkę, która za dwa dni wyląduje na dnie wielkiego pudła zabawek zapomnianych.
I tak w kółko.

Nie jest to próba zaglądania komukolwiek do portfela. Jest to raczej próba rozgrzeszenia mnie samej.

Wszystko wskazuje na to, że żałuję mojemu dziecku siedemdziesiątej pary butów, żałuję tysięcznej zabawki i tysiąc pięćsetnej układanki.
I skłonna jestem twierdzić, że i tak do dnia dzisiejszego wszystko co zostało Lei zakupione, znalazło się u nas z czysto egoistycznych pobudek.
Bo matce się spodobało,
bo matce się wydawało, że będzie przy tym świetna zabawa,
bo matka widziała to u tej czy tamtej.
Niespełna dwuletnie dziecko (moje?) nie prosi - mamo kup mi, mamo muszę to mieć. To ja, matka muszę to mieć. Nie zna pojęcia, jakość = cena, nie wie, który gadżet będzie dla niej niezbędny, która zabawka jest tą wartą uwagi.
Oczywiście, że nie pogardziłabym, aby moje dziecko miło "super gust", aby wybierała tylko ten najlepsze (dla matki) zabawki.
Rzeczywistość bywa zgoła inna. Moje dziecko najchętniej bawi się tym, na co matce szkoda nawet rzucić okiem - a to gumowa piłka znaleziona, gdzieś na dworze, stary samochód zostawiony przez któregoś z kuzyna x lat temu, jakieś stare pudełko po kremie, jakiś guzik, jakiś okruszek walający się po podłodze.

Dwa lata wspólnego życia, weryfikują moje wybory- choć nie są one tak liczne jak mogłoby się wydawać. (Być może duża w tym zasługa Jot., który hamuje moje zakupoholiczne zapędy. )
Podważa to teorie o tym, że matka (ja) sobie nie kupi, a kupi dziecku - choć nie do końca, bo gdziekolwiek bym nie była pierwsze kroki kieruję na dział dziecięcy - ale to znów, z własnej potrzeby, bo Lea przecież (jeszcze) nie prosi. Jedynie w osiedlowym dyskoncie łapie za koszyk na kółkach, taszczy wprost do lodówek, gdzie wrzuca sobie jeden ulubiony serek, który zazwyczaj pod jej nieuwagę znów ląduje na sklepowej półce - bo przecież w naszej lodówce czekają na nią nietknięte dwa. Nawet o nich nie pamięta.

Nie wiem czy tylko Ona tak ma, czy to efekt naszego wychowania. Nie wiem czy jutro nie puknę się w czoło, za ten wpis, gdy wpadnie w lament na środku sklepu w potrzebie posiadania.

Dziś na szczęście stać mnie na dziecko, choć nie zawsze stać mnie na (moje) dziecięce zachcianki.






You Might Also Like

52 komentarze

  1. Bardzo dobry tekst ! Bo prawda jest taka, że to co jest kosztowne jest wymysłem rodzica i chęci posiadania kolejnej nowinki, hitu, albo po prostu bo fajnie wygląda. Dziecko zabawi się nawet zakrętkami po butelce, patykiem, kamyczkami czy drewienkami. To my rodzice powodujemy, że posiadanie dziecka dużo kosztuje. Szkoda więc zwalać winę, na niewinną istotę, a lepiej spojrzeć sobie w lustro i na dziecko... bo zawalenie go zabawkami niczego dobrego niesie. W moim odczuciu robi mętlik w głowie. Bo nie da się naraz np. dwulatki zainteresować wszystkim. Zabawek mamy niewiele ale i je co jakiś czas chowam, by za chwilę były znowu interesujące.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie nie da, gdy ja zaczynam się "świetnie" czymś z nią bawić, ona nagle wstaje i woła o kolejną zabawkę...:p a mi ręce opadają przy kolejnych...:P

      Usuń
  2. masz rację - większość zakupów "dla dziecka" - jest póki co dla mnie

    OdpowiedzUsuń
  3. U nas Ala wszystko chce mieć ale nie robi awantur czy krzyków gdy mówię nie.
    Chce pizze, którą zobaczy w reklamie i kotleta, który zczai na czyimś talerzu w jakimś serialu. Jak nie chce się ubierać mówi, że chce nowe ubranie bo to, które ma jest brzydkie.
    Odkąd sie nauczyła słowa chcę wciąż coś chce.
    Z tym, że chcieć nie znaczy u nas mieć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że dobrze jest stawiać granice - co nie jest jednoznaczne z zabranianiem i ograniczaniem wszystkiego. ;)

      Usuń
  4. Zauważyłam, że u niektórych ludzi panuje moda na używanie słów "nie mamy pieniędzy" czy "nasz budżet tego nie przewiduje", gdy paradoksalnie wydają mnóstwo pieniędzy na przyjemności, markowe buty czy zagraniczne wyjazdy. Ja również nikomu do portfela nie zaglądam, bo każdy ma swój sposób na życie. Jeden wyda ostatniego zeta na mozarellę a drugi jej nie kupi, a odłoży zeta na remont łazienki ;) Ale sam tekst w takiej sytuacji jest dla mnie co najmniej irytujący.
    Mnie na szczęście stać na dziecko, bo mam bardzo zaradnego męża. I stać by mnie było na drugie, nawet jeśli wiązało by się to z wyrzeczeniami typu wakacje na działce czy ta sama kurtka na jesień 4 rok z rzędu ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz sporo racji. Wiele rzeczy jest "przyjemnością" po prostu - choćby ta wspomniana mozzarella. Moja mama potrafi sobie jej odmówić, bo nie czuje "potrzeby", woli zwykły biały twaróg i jest szczęśliwa, bo rok wcześniej planuje, że powymienia sobie "na przyszłe" wakacje wszystkie drzwi w domu... ;)

      Usuń
  5. Ja mam tak samo...Wiki jak nie prosiła to dostawała to co mi się wydawało potrzebne...i albo się tym bawiła albo nie. Poza tym ja wyznaję zasadę że owszem nie żałuje pieniędzy na dziecko ale też nie kupuje byle czego. Wolę jedną porządną zabawkę niż 5 gorszych. Zawsze szukam okazji w używanych rzeczach dopiero potem ewentualnie w nowych. Często odpuszczam Moje dziecko zaczęło już prosić o zabawki....ale rzadko na szczęście:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cholerka, Hally Ty to w ogóle masz głowę do tych zabawek. Zawsze, gdy do Ciebie zaglądam, a masz post o jakiejś prostej zabawce - zupełnie inaczej jawi się ona w mojej głowie, niż gdybym znalazła ją na sklepowej półce.
      ;)

      Usuń
  6. Ala z Pinezek zrobiła kiedyś taki wpis o tym, czego i ile potrzebuje nasze dziecko. Było to chyba przy okazji Świąt, ale pewnie czytałaś ;) Ja trafiłam do blogosfery właśnie przed Świętami i to, co widziałam na niektórych blogach skutecznie mnie zdołowało. Pomyślałam, że chyba muszę kupić Olkowi coś więcej niż nową książkę i położyć pod choinką coś więcej niż pluszowy słoń, którego wygrałam w konkursie, a (olaboga!) nie wydałam na niego złotówki! Wpis Ali skutecznie sprowadził mnie na ziemię, bo wiem, że przyjdą lata, gdy Olek będzie miał konkretne zachcianki i wtedy będzie mi ciężko spełnić te marzenia. Niestety otoczenie nas nakręca.... co się stało z kameralnymi domowymi obiadami z okazji Komunii Świętej dziecka?! Teraz ludzie wynajmują lokale, zapraszają na takie wydarzenia swoich przyjaciół (po co?!), kupują narty, skutery, komputery. Pierwszy zegarek na białym pasku stracił swoją symbolikę i znaczenie, a szkoda. Dobrze jest czasem pierdzielnąć się w łeb :D :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pamiętam ten wpis, już nawet go chyba komentowałyśmy wspólnie. Ja również na początku, gdy założyłam bloga popadłam w paranoję/ depresję/ chęć posiadania wszystkiego - bo oni to mają. Później mąż popukał mnie w czoło i dziś przeprowadzam selekcję, i jakoś tak łatwiej mi się opanować - ewentualnie kombinuję jak daną rzecz pozyskać skoro " w naszym budżecie nie przewidzieliśmy tego typu wydatków" (hehe ;)))

      Usuń
  7. My naszemu synowi nie kupujemy za dużo, bardziej tonami kaszki i mleko modyfikowane, bo schodzi w mega dużych ilościach, czasem słoiczek z przysmakiem w środku. Nie kupujemy mu zabawek, a ma ich ponad stan... Od blisko 10 miesięcy życia Norberta kupiliśmy mu 3 nowe zabawki i 4 odkupiliśmy od znajomej. Ale mam manie kupowania książeczek różnego rodzaju i po prostu nie chodzę do sklepów zbyt często, bo bym codziennie z jakąś nową wracała. Nie mówię, że się niepotrzebnie walają, bo ogląda je bardzo intensywnie, ale również i mój mąż trzyma moje zapędy zakupoholizmu w ryzach. Dzięki Ci Panie, że mieszkamy na wsi ;)

    Pozdrawiam
    http://szalenstwanorbiego.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  8. Nigdy się nad tym nie zastanawiałam, ale faktycznie, to my mamy potrzebę kupienia czegoś dziecku. Przynajmniej na razie, bo jeszcze trochę i wszystko się zmieni ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie tak, ale to chyba też można z rozsądkiem jakoś rozplanować. :)

      Usuń
  9. Tak małe dzieci nie mają wielkich wymagań, niestety w późniejszym wieku to się zmienia, ale wszystko jest do opanowania.

    OdpowiedzUsuń
  10. Niestety w wieku lat trzech moje dziecko zaczęło mieć własne potrzeby, a kup mi to już jest mantra. Nie walczę z tym. Czasem kupuję bonusa jak wybitnie zasłuży, ale wprowadzam powoli system zbierania na coś pieniązków przez B. Ma skarbonkę. Jak chce mieć niech zbiera. Mnie tak wychowano i na ludzi wyszłam. Przyjmuję potrzebę posiadania jako normalny aspekt dzieciństwa. Ja z kolei uważam, że matki (niektóre) zapędzają się w zbytnią ascezę, za bardzo boją się aby dziecka nie zepsuć. Budują jakieś zasady, reguły, drżą o gust i poczucie smaku, dietę. Dla mnie to paranoja i już dziś wiem z tego... się wyrasta, gdy pójdzie się do pracy. Dziś nikt by nie pomyślał nawet, że kiedyś prowadziłam pseudo modowego bloga dla dzieci :) B to teraz zaprzeczenie wszelkiej mody. I tak jest dobrze wg mnie. Sama się pukam w czoło co mnie opętało. Perspektywa mi się zmieniła bardzo radykalnie. Czy mnie stać na dziecko? Hmmm... ja raczej kalkuluję koszty szczepień, ew.wizyt u specjalistów,dobrego dentysty, dobrej edukacji, która jest niezwykle ważna i teraz kosztuje krocie. Na razie dajemy radę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oh, Aniu Ty moja najrozsądniejsza matko :p Uwielbiam określenia " gust i poczucie smaku" w stosunku do 1 -2 letnich dzieci - tu masz rację, niektóre popadają w paranoję, " nie kupię dziecku nic z hello kitty bo to obciach - ok. w moim mniemaniu może i trochę "obciach", ale to w moim, nie mojej córki, więc sama jej pod nos podtykać nie będę. Ale, gdy któregoś dnia wróci z przedszkola, od babci z taką zabawką, zrobię to co zawsze, wzruszę ramionami, bo i tak za miesiąc dwa ta rzecz stanie się już mało ważna. ;) A jak zostanie na dłużej? To zupełnie nic. :)

      Usuń
  11. prawda!
    dlatego ja zaprzestałam zakupu zabawek. dość!
    jeżeli juz coś kupuję to jest to książka, albo coś zupełnie nie kosztownego a dającego wiele radości typu balon czy bańki mydlane :)
    jeżeli mowa o ciuszkach - wolę kupić jedną parę butów, czy jedną kurtkę - a konkretną :) mimo iż za chwilę z tego wyrośnie! zawsze w stanie idealnym mogę dobry ciuszek sprzedać, dołożyc i znów mieć coś fajnego :)

    czasem wystarczy tylko trochę pokombinować :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Zgodzę się z tym, że kupujemy własne zachcianki, że dziecku wystarczyłoby o wiele mniej. I mnie też irytują teksty "nie stać mnie na dziecko". Ja tez kupuję mojemu o wiele za dużo ale chciałabym by miało wybór czym chce/lubi się bawić, czy woli klocki czy książeczki. Dziecko znajomych praktycznie pozbawione edukacyjnych zabawek bo wyznają zasadę, że skoro potrafi zająć się sam sobą przez cztery godziny przesypując kaszę pomiędzy słoikami czy stukając chochlą w rondel wcale nie rozwija się jak moje, które zna większość liter alfabetu, piosenki, bajki. Równowaga we wszystkim - oto złoty środek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie równowaga, rozsądek . ;)

      Usuń
  13. Moja S. póki co nie żąda by coś jej kupić, no po za lizakiem czy jajkiem niespodzianką, o które prosi jak jesteśmy na zakupach z tym nie walczę, bo mam zasadę, że jedną rzecz dostać może. Jesteśmy też na etapie zbierania pieniążków do skarbonki.
    A czy mnie stać na dziecko.... na razie tak, może dlatego, że nie kupuje zabawek (po za kilkoma niezbędnymi) jest wiele przedmiotów o wiele ciekawszych w domu, którymi można się bawić, czasem nie tylko poniesie w kwestii ciuchów, choć staram się by było to coraz rzadziej. Pewnie im dzieci będą większe ich zachcianki nagle wzrosną, ale wierzę , ze wszystko da się ogarnąć w racjonalny sposób

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystko z głową, póki mamy co do garnka włożyć.:)

      Usuń
  14. oj prawda, prawda... Wiadomo w takim wieku dziecko nie woła, ale jak będzie nastolatkiem to już się boję, co to może być.... ;/

    OdpowiedzUsuń
  15. dokładnie :) so true :)
    J nie ma potrzeb tego typu i rowniez o nic nie prosi, to ja je mam :/ niestety :/ ;)

    OdpowiedzUsuń
  16. Jej normalnie czytam o sobie ;) A zwłaszcza, zgodzę sie z tymi zakupami w odzieżowym ;) Ide po koszulke dla siebie a wychodzę z toną ciuchów dla Urwiska. A ja znowu marudzę,że nie mam się w co ubrać ;)

    OdpowiedzUsuń
  17. Pewnie zostanę zlinczowana, ale ja mam trochę inne zdanie.

    A i owszem, nie uważam, że dwu, czy pięciolatek wiele do szczęścia potrzebuję. Najważniejsza jest miłość, zainteresowanie, wspólnie spędzany czas.

    Ale myślę też dalej. Mam jednego syna,pewnie, że chciałabym żeby miał rodzeństwo.
    Ale też chciałabym mieć świadomość, że stać mnie na jego dobrą edukację, że zapewnię mu możliwie najlepszy start w dorosłość na jaki mnie stać.
    I chciałabym też mieć chociaż małą szansę pomóc mu się usamodzielnić. Gdyby nie moi rodzice pewnie na własne M czekalibyśmy znacznie dłużej. Pomogli, my bez kredytów mogliśmy zacząć układać sobie życie. Chciałabym też pomóc podobnie mojemu dziecku.

    Mam nadzieję, że nikogo nie uraziłam. To po prostu tylko i wyłącznie moje zdanie :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja sie podpiszę pod Izą. Mam dokładnie taki sam tok robienie.
      Teraz mowa o ubranku czy zabawce. A trzeba patrzeć w przyszłość. Trzeba mieć stabilna pracę, żłobek/szkoła tez kosztują i to dość sporo - niestety

      Pozdrawiam :)

      Usuń
    2. Oczywiście, w tym poście traktuję o tym co tu i teraz. O tym jakie realne potrzeby ma moja dwulatka ( pomijając te fundamentalne jak jedzenie, dach nad głową itp.)

      Z drugiej jednak strony patrząc w przyszłość, nie jetem pewna czy tylko drogie prywatne przedszkole, prywatna szkoła są gwarancją dobrej edukacji. Oczywiście szkoła państwowa, książki, wyprawka również kosztują - ale nie popadajmy w polską paranoją, że tak źle, tak ciężko.

      Z drugiej strony decydując się na dziecko, nie mam pewności, że gdy ono będzie w wieku szkolnym nie stracimy pracy, komornik nie zajmie naszego majątku. Los ludzki układa się tak różnie...

      Usuń
    3. Izabela, bez przesady z tym linczem ;) Ale ja się chyba nie mogę z Tobą zgodzić. Z Twojej opinii wynika, że nie stać nas na dziecko jeśli nie jesteśmy w stanie kupić mu mieszkania? A skąd wiemy co będzie za 20 lat? Ja urodziłam się na wynajmowanym mieszkaniu, a dzisiaj moi rodzice byli w stanie kupić mieszkanie zarówno mnie jak i mojej siostrze. Moi Teściowie z kolei mają 7 dzieci. Nie byli zamożną rodziną, a dzisiaj każde z ich dzieci jest im wdzięczne za życie i nie mają oczekiwań finansowych względem rodziców. Tak wychowujemy nasze dzieci żeby były samodzielne i zaradne i żeby potrafiły sobie poradzić w życiu. Rozumiem, że to daje Ci poczucie bezpieczeństwa, ale szczerze jestem pewna, że mój mąż gdyby miał wybór zdecydowałaby się na skromne życie ze swoim rodzeństwem niż komfortowe finansowo dzieciństwo w roli jedynaka. To jest oczywiście moje zdanie i staram się zrozumieć Twój punkt widzenia :)
      Ja żyję jednak tu i teraz i jednocześnie zrobię wszystko żeby za 20 lat móc pomóc moim dzieciom, ale jeśli nie będzie mnie na to stać myślę, że się na mnie nie obrażą ;)

      Usuń
    4. Tu się nie linczujemy ;) A jak macie zamiar to pogrożę wam palcem ;) Kultura przede wszystkim. Ja się zgadzam z Dominiką, ja również nie mam mieszkania po rodzicach, w perspektywie mam pół domy do podziału z rodzeństwem, za x lat, bo moi rodzice maja się świetnie. Więc nawet nie zaliczam tego do mojego "majątku", marzę o własnym kącie, ale z drugiej strony marze o bliskości mojej córki. Taki dysonans... Ale cieszę się z tego co mam. :)

      Usuń
    5. Pukt widzenia zależy od pkt siedzenia :) Zawsze i każdego
      Ja chcę dać synowi wszystko to czego nie miałam. Prywatnej szkoly nigdy mu nie zaserwuje [nie chce wychować "bananowca"] ale szkolę językową jak najbardziej.

      Ja zawyczajnie nie chcę mieć drugiego dziecka, bo mój związek nie jest stabilny.

      Kwestia finansów w takiej sytuacji jest znacznie bardziej istotna niż by sie wydawało.
      Jeśli zostanę sama, łatwiej będzie mi wykarmić jednego - niż gromadkę ;)

      Nie neguję Twojego wpisu. Patrzę tylko własnym okiem bo kilka dni temu sama o tym pisałam :)

      Usuń
    6. Oczywiście, ja również nie traktuję negatywnie Twojego komentarza Aniu. :) A Twojego wpisu nie czytałam, ale nadrobię.:)

      Usuń
  18. Ja też myślę, że decydując się na dziecko nikt z nas w kategoriach stać mnie/ nie stać nie traktuje zabawek czy ubrań, bo to najłatwiej zorganizować, chodzi raczej o prywatne leczenie, szczepionki na początek, potem w gre wchodzi opiekunka, przedszkole, wakcje i zielone szkoły, basen i inne rozwijające rozrywki. Różnie to bywa, wiadomo, ale podawanie dziecku wszystkiego na tacy też nie jest niczym dobrym. Tak jak pisała poprzedniczka miło byłoby móc dziecku pomóc w kupnie mieszkania ale to nie jest konieczność, nie oznacza zaraz, że nas nie stać. Sama po dwóch latach studiów dziennych i nieustannych wpłatach rodziców na moje konto dostałam kopniaka od życia, przeniosłam się na tryb zaoczny i znalazłam pracę... Czy gdyby rodzice byli w stanie pomagać mi do końca 5 roku i jeszcze dali mieszkanie byłabym tu gdzie jestem? Raczej nie, nie doceniła bym tego co mam dziś.

    P.S. Zabawki też kupuję pod siebie ;P Niespełnione fantazje dzieci kończącego się prl-u i anglojęzyczne reklamy barbi z dzieciństwa :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne jasne, ja po prostu piszę w kontekście tychże naszych materialnych zachcianek. ;))

      Usuń
  19. Zgadzam się !
    http://swiatamelki.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  20. Oj, mi się oczy błyszczą i portfel cierpi, jak wchodzę na dział dziecięcy w galerii. Ale potrafię się opanować (czasem). Zobaczymy, jak to będzie, jak Fi zacznie prosić. Czy też będzie znał umiar.

    OdpowiedzUsuń
  21. Ajj,
    nie, to nie tak, że nie stać nas na dziecko jeśli nie jesteśmy w stanie kupić mu mieszkania.

    Ale ja, jako JA (jak pisałam piszę czysto subiektywnie) chciałabym mieć świadomość, że zapewnię mojemu dziecku pewne rzeczy. To jest dla MNIE ważne. I pewnie, że nie wiem co będzie za 20lat - może będę w stanie kupić mu 5tych mieszkań, ale może nie będzie mnie stać na opłacenie stancji gdy zechce studiować?

    Mieszkamy na wsi, takiej daleko od dużego miasta gdzie jest uniwersytet. Widziałam wielu znajomych z liceum, którzy mimo niesamowitych zdolności, ocen w nauce nie kontynuowali nauki. Bo albo rodziców nie było stać na utrzymanie dziecka w dużym mieście, albo było potrzebne na roli. I pewnie, że to skrajne przypadki.

    Ale Ja,jako Ja, chcę mieć ten spokój.

    I chcę też wiedzieć, że jeśli jakieś nieszczęście dotknie naszą rodzinę (bardzo wspieram rodzinę która zbiera 500tyś na operację dziecka, a nie mają nawet 1/3 tej kwoty mimo ogłoszeń na różnych portalach), to ja będę miała możliwość zapewnić mu opiekę lekarską.

    I pewnie, że to czarny scenariusz, i że można bez tego wszystkiego.

    Ale JA tak czuję :)

    I MNIE nie będzie stać na drugie dziecko jeszcze przez kilka lat :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne jasne. :) Wszystko rozumiemy ( ja rozumiem) po prostu post był raczej z perspektywy "zachciankowej" - w sensie zbędnych gadżetów - mnie jako matki. ;) Choć tytuł posta może naprowadzać również na innych tor :)

      Usuń
    2. Rozumiem, nie neguję :)

      Usuń
  22. Bo to chyba tak jest, że kupując to wszystko troche sobie próbujemy zrekompensować, bo kiedys o tym wszystkim większoć z nas mogła tylko śnić, a z drugiej strony naoglądamy się cudnych, blogowych czy tam serialowych wnętrz zawsze wysprzątanych z całą masą tylko drewnianych (niby bezbarwnych, a super widocznych!) zabawek i chcemy troche tego piekna dla Niej/Niego czyt. siebie. No tak to już jest i ja osobiście nie mam co z tym walczyć albo się wstydzić, bo portfel plus mąż i tak skutecznie trzymają mnie na wodzy. To tak w związku z perspektywą "zachciankową". Co do tego czy nas stać na pierwsze, drugie..., to bardzo subiektywnie napiszę, że stać pod warunkiem, że tego SAMI chcemy

    OdpowiedzUsuń
  23. U nas nowe zabawki pojawiają się ' raz od wielkiego dzwonu ' , i na pewno nie jest to wynikiem skąpstwa, one poprostu sa zbędne.

    OdpowiedzUsuń
  24. O właśnie to, to kupujemy dla nas nie dla dzieci nie ma się co oszukiwać.

    OdpowiedzUsuń
  25. Też się czasem głęboko zastanawiam, że to my Mamy zachowujemy się jak dzieci. Oczywiście nie wszystkie, ale u mnie jest podobnie jak u Ciebie..tzn. było. Teraz Zuzia jako 4-letnie dziecko sama potrafi powiedzieć w sklepie "Mamo ale po co mi to"!
    Pozdrawiamy :)

    OdpowiedzUsuń
  26. To prawda, wstyd się przyznać, ale trzy czwarte rzeczy dla mojego Hubisia, które możemy zaliczyć do tak zwanych "zbytków" kupuję dla siebie, a on nawet na nie okiem nie zerknie :-). Dałaś mi do myślenia :-).

    OdpowiedzUsuń
  27. Tak, bo niech rodzice chodzą w szmatach, matka o siebie nie dba, bo przecież nie trzeba na siebie wydawać pieniędzy jak ma się dziecko. Na pewno wtedy będziemy szczęśliwi. Żadnych rozrywek, tylko zabawa z dzieckiem zakrętka od butelki. Tak naprawdę wielu osób nie stać by cokolwiek zaoszczędzić, mieszkanie pochłania masę pieniędzy, a gdzie jeszcze dziecko? Zrezygnować z dobrego jedzenia, ubrań, dbania o siebie to będzie nad wtedy stać na dziecko? Bardzo wątpię by ludzie tacy jak to rozumieli, bo to co piszesz zaprzecza wszystkiemu co da się zobaczyć na zdjęciach które dodałaś. Idealnie urządzony pokoik dla dziecka z masą zabawek. Ciekawe czy byś to samo mówiła, jakbyś mieszkała w jednym pokoju z dzieckiem, a rano o 6 musiałabyś iść do pracy, by w ogóle się utrzymać. Ludzi w Polsce nie stać na dziecko, głównym tego powodem jest niepewność pracy i niskie zarobki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję mimo wszystko za komentarz, bo w tłumie osób przyklaskujących cenię sobie zdanie osoby, która ma inny punkt widzenia, byłoby mi jednak miło, gdyby wiedziała kim jest osoba komentująca - więc proszę się podpisywać.
      Nie wiem czy jest Pani moją stałą czytelniczką, nie wiem na ile przeglądała Pani moją stronę- ale w kontekście Pani słów, że zdjęcia przeczą temu co piszę - Większość rzeczy, która Pani widzi wykonaliśmy sami - rozwaloną komodę kupioną na targu staroci za 30 zł !, półki, które są starymi szufladami skradzionymi sąsiadom przy wyprowadzce - 0 zł, stolik - też targ staroci 10 zł... Nie widzę tam masy zabawek, tylko klocki porozrzucane, które mają ze 20 lat i przywędrowały w spadku od mojej przyjaciółki. Proszę mi wierzyć, że często spoglądam na zdjęcia innych z zazdrością, bo chciałabym móc kupić to czy tamto mojemu dziecku - ale właśnie o tym jest post - że większość to są tylko moje zachcianki. Nie poruszam tu kwestii wyżywienia, pielęgnacji, i tym podobnych rzeczy.
      Jestem klasycznym przykładem polaka, który żyje od 10 do 10, który chciałby więcej niż może mieć.

      Usuń
    2. Odsyłam również do innego posta- http://mama-granda.blogspot.com/2014/02/po-co-nam-te-blogi.html

      Usuń

Dziękuję, że jesteś <3